Święta ateisty

Zauważyłam u siebie tendencje zakładania blogów w okresie przedświątecznym, co już samo w sobie jest wyzwaniem. na lewo same ozdoby DIY, na prawo setka przepisów na pierniki i każdy jest tym najlepszym. niepodważalnie. w środku brokatowo-zakupowego szaleństwa jestem ja. i choć elastyczna, dość ciężko mi wpasować się w ten klimat, skoro w tym roku świąt nie obchodzimy. w ogóle.

W TYM ROKU
pewnie większość z Was zastanawia się, ale jak to w tym roku? a w zeszłym co? świeżo upieczona niewierząca? wtf? rozwiewam wszelkie wątpliwości, niech to się stanie jasne raz na zawsze, co bym nie musiała mieć wyrzutów, że mój najbardziej świąteczny wpis to CO WARTO OBEJRZEĆ W ŚWIĘTA.
moi mili, ja i pan mąż tak się akurat dobraliśmy, że żadne z nas nie wyznaje żadnej religii. wierzymy w miłość, w ludzi i w siebie wierzymy. to nam w zupełności wystarcza. nie potrzebujemy pierwszych gwiazdek, nie wkładamy siana pod obrus, nie kolędujemy. pełen luz.

SMAK ŚWIĄT
najlepiej wspominam, i do takich też najbardziej tęsknię, święta u moich dziadków w Sosnowcu- z ogromną choinką pod sam sufit, ubieraną w dniu Wigilii przez najmłodszych, z kilkugodzinnym lepieniem pierogów, z karpiem w wannie (no dobra, tego wspomnienia nie lubię, bo jak my się wszyscy do cholery myliśmy?! karpie mają jedną pozytywną linijkę, a właściwie jeden, najmniejszy, który nie zakończył żywota, a pływa, śmiem twierdzić do dziś, na Stawikach); no ale wracając do Wigilii, dla mnie taka prawdziwa, rodzinna, wesoła, z przeklętym kevinem w tle, z kutią, z opłatkiem (matko, jak ja lubię opłatki z miodem i masłem!); święta to  czas odpoczynku, w gronie najbliższych, z przepysznym jedzeniem przez 100% czasu.
i jeśli nie ten drobny fakt, że żyję sobie na emigracji, gdzie moją rodziną jest Pan Mąż we własnej osobie, oraz brat pana męża, to wierzcie mi, że święta obchodziłabym w całej ich świeckiej krasie! bo ja święta lubię. tylko boga nie.

ROBIMY NIC
3 lata temu mieszkaliśmy w piątkę i tak też świętowaliśmy, przez dwa kolejne lata wigilię spędzaliśmy w trójkę, i choć było miło, to wyszła nam taka lekka karykatura(?) świąt, z kilkoma godzinami w emergency clinic.
długo się zastanawiałam co zrobić w tym roku, debatowaliśmy zawzięcie, ale trzeba było widzieć ulgę na mej twarzy, gdy postanowiliśmy że robimy NIC. bosko. nie spinam się gotowaniem, pieczeniem, nie myję okien, nie sprzątam w szafkach. spędzam czas normalnie, pisząc dla Was, czytając, fotografując, bądź spędzamy go razem (btw polecam Breaking Bad- do obejrzenia i Pan raczy żartować, Panie Feynman-do przeczytania); gramy w planszówki, bo zwyczajnie mamy na to czas. nie spinamy się. nie działamy pod kogoś, brak nam intencji. jest błogo, cicho, we dwoje.

i pewnie, jeśli nadarzy się okazja spędzenia świąt u dziadków w Sosnowcu, to nie zawaham się lepić pierogów przez pół dnia, czy deptać boso kapusty ;] będę mega szczęśliwa, że oto jedno z moich marzeń się spełnia.
rozumiecie? święta to dla mnie rodzina, ten wyjątkowy czas, a nie symbole i kościół o północy (poza tym, zostałam wychowana w wierze ewangelickiej, więc pasterka jest mi obca, choć mamy swój odpowiednik, no worries)

~~
do napisania natchnął mnie post Ani, przeczytajcie jak wyglądają jej święta.

no, cieszę się, że usystematyzowałam ten temat, wiecie już jakie jest moje podejście i dlaczego nie życzyłam Wam wesołych na facebooku.